W filmie Jana Komasy „Miasto 44”, poświęconym Powstaniu Warszawskiemu, szybko przestajemy widzieć entuzjastyczne bohaterstwo, zamiast niego narzuca nam się śmiertelne przerażenie, chaos, krzyk, krew, śmierć… To wcale nie jest „uniwersalna opowieść o miłości, młodości, odwadze i poświęceniu, rozgrywająca się w czasie Powstania Warszawskiego”, jak można przeczytać w niektórych mediach.
Film Jana Komasy „Miasto 44” wszedł 19 września (2014) do kin (obejrzała go już rekordowa liczba 1 240 tys. widzów!) i nie milkną polemiki wokół niego. Michał Kwieciński, producent filmu powiedział podczas dyskusji w „Hali odlotów” TVP Kultura, że każdy może zobaczyć w nim co innego – taka jest istota dzieła sztuki. Ciekawe jednak, że w filmie Komasy można dostrzec aż tak sprzeczne idee. Zarzuca się reżyserowi bezcelowe eksploatowanie ekstremalnych emocji i brak puenty. Media prawicowe są zachwycone, bo ich zdaniem film broni bohaterskiej wizji powstania. Pisano, że to infantylny film dla nastolatków, który udaje kino dla dorosłych. Agnieszka Graff, znana pisarka, feministka i tłumaczka przesłanie filmu widzi w końcowej scenie, gdy dwójka głównych bohaterów spotyka się na wiślanej łasze piasku (jej felieton ukazał się 11 października w „Wysokich Obcasach”, Graff brała też udział we wspomnianej „Hali odlotów”). A przecież wiemy, że to spotkanie jest niemożliwe, że dalszego ciągu ich życia, ich miłości już nie będzie. Że to tylko wyobrażenie o tym, co mogłoby być, gdyby nie rzeź, jaką było powstanie.
Wszyscy zarzucają sobie nawzajem, że filmu nie zrozumieli.
Piękno – gryząca ironia
„Miasto 44” nie jest filmem o powstaniu, ale o tym, jak powstanie widzimy dziś. Nie o tym, czy jego wybuch miał sens, czy można było podając inną decyzję czy też nie, ale o tym, czy uznajemy je dziś za piękny, bohaterski zryw, czy też rzeź – brutalną i okrutną rzeź. Czy życie ma dla nas większą wartość niż bohaterska śmierć. Niż bohaterstwo za zbyt wysoką cenę.
Komasa zrobił w „Mieście 44” fantastyczny zabieg. Pokazał, że piękne bohaterstwo, którym karmi nas np. Muzeum Powstania Warszawskiego nie jest niczym więcej niż rzezią. Mamy więc wystylizowane piękno bohaterów, piękno kręconych w zwolnionym tempie walk, którym towarzyszy starannie dobrana muzyka i wystylizowane piękno ideałów. Jak pięknie ogląda się na ekranie bohaterów! A jednocześnie mamy hiperrealistycznie pokazaną rzeź. Kadr po kadrze, wszystkie najbardziej znane motywy z powstańczych wspomnień, te najbardziej brutalne, krwawe, okrutne. I po pewnym czasie tej pięknej rzezi nie da się już oglądać. Przestajemy widzieć entuzjastyczne bohaterstwo, zamiast niego narzuca nam się śmiertelne przerażenie, chaos, krzyk, krew, śmierć…. Choć nadal popkulturowy kicz sączy się z ekranu – jak gryząca ironia.
Lubię miłosne sceny w filmie, w których ten kicz osiąga apogeum. Jeśli pomyśleć, że zwyczajne, młodzieńcze marzenia i porywy młodzi powstańcy wycinają z wyroku śmierci, kiczowata intensywność przemawia z wielką mocą. Zwykłego życia (co już przeczuwają) najpewniej nie będzie.
Przekroczone człowieczeństwo
Tym, którzy „Miasto 44” uważają wyłącznie za apoteozę powstańczego bohaterstwa, warto postawić pytanie: czy w etosie „pięknego bohatera” mieści się dzika nienawiść, cyniczna twardość? Beztrosko naiwni i entuzjastyczni powstańcy z początku filmu to nie ci sami, z którymi rozstajemy się pod koniec. W zetknięciu z nieludzkim okrucieństwem, bezustanną realnością śmierci, znużeni, próbując przetrwać w rozpadającym się na ich oczach świecie powoli tracą „ludzkie odruchy”. W jednej z pierwszych scen powstania główny bohater bierze do niewoli Niemca. Wtedy jeszcze nie przychodzi mu do głowy zabić. Później – już tak.
Wymowna jest scena wycofywania się powstańców kanałem, gdy Niemcy wrzucają do środka granaty, masakrując idących. Kiedy główny bohater, którego widzimy tyłem odwraca się do widza, wzrok przykuwają jego oczy: świecące, z pustymi, niebieskimi źrenicami, jak u filmowych potworów, nieludzkie. Po chwili gasną, ale doświadczenie przekroczenia granicy człowieczeństwa jest dojmujące.
Nie ma w powyższym opisie oceny. Nie jest współczesną mądrością, że nienawiść rodzi nienawiść, a okrucieństwo – okrucieństwo. Tym bardziej przejmujące są sceny, gdy powstańcy odruchowo chronią wartości, które cenili, zwykle – okrutnie ginąc.
Osamotnienie boli
Czego nie ma w „Mieście 44”, albo jest za mało? Cywili. Może dlatego we wspomnianej „Hali odlotów” padła uwaga, że należałoby nakręcić film wg „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Ale cierpienia cywilów zostały w filmie zaznaczone, ich ambiwalentna postawa wobec powstańców – też. Bohaterem „Miasta 44” są młodzi powstańcy, nie da się zrobić filmu o wszystkim.
Nie też ma tych, którzy rozpoczęli powstanie. Są nieliczni dowódcy-dorośli, którzy widzą jak idiotycznie beztrosko, niemal jak przygodę młodzi traktują swój udział w walce. Ale ich upomnienia nie wybrzmiewają, ich słowa nie mają mocy chronienia przed młodzieńczym entuzjazmem (często bliskim głupocie) i brakiem doświadczenia. Młodzi są sami. Może właśnie to osamotnienie, w zestawieniu z hiperrealizmem rzezi, pokazanej na ekranie, tak bardzo boli?
I boli też to, o czym wspomina stale Agnieszka Graff – że dalszego ciągu nie będzie. Nie będzie dzieci, wnuków, tego co one mogłyby zrobić, zbudować, stworzyć. Całe pokolenie poszło na rzeź. W rzezi nie ma nic bohaterskiego, choć każda rzeź ma swoich bohaterów.
Tak strasznie
Reakcje powstańców na „Miasto 44” były generalnie przychylne – film nie ujmuje nic z rzeczywistego heroizmu, do którego byli zdolni. Ich zdaniem tak wyglądało powstanie, jak zostało pokazane – tak strasznie. Może nawet straszniej.
Daina Kolbuszewska
Od Redakcji: świadomie teraz – w bliskości kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego – przypominamy publikowany wcześniej tekst…
Autor: naturalnie