W sztuce trzeba być odważnym. Powtarzam to z upodobaniem, a raczej, z pełnym przekonaniem.
W ogóle – w życiu trzeba być odważnym. Trzeba mieć wizję siebie ! A w sztuce szczególnie. Ktoś kto chce powielać mistrza, czy jak szkolniak ściągać skąd się da, będzie dreptał w miejscu, nie wychynie poza horyzont tego co już rozpoznane, ugruntowane, wyświechtane. Do pewnego stopnia odwagą jest więc już samo pójście w „uniwersytety artystyczne”. Posługuję się tym zwrotem, bowiem mamy oto w Poznaniu największą w Polsce uczelnię plastyczną do niedawna Akademię Sztuk Pięknych (wcześniej jeszcze Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych), jedyną z szyldem właśnie uniwersytetu – UAP.
Szkoda mi jednak utraty zwrotu „Pięknych” tym szyldzie. Ale – wracając do aktu odwagi zasilania szeregów artystów magistrów.
Studia artystyczne są bezwzględne i dalej, los artysty jest bezwzględny. Mówiło się przez lata procentowo: talent, praca oraz szczęście, stopniowo te akcenty rozkładając. Dzisiaj jest okrutniej. Wszyscy ochoczo, z łatwością niebywałą popadają w określone układy. W tym w najmniejszym stopniu, w najtrudniejszy układ – w układ ze sobą. I znowu – rzecz nie w tym, by nie współdziałać. W gruncie rzeczy to nie czasy dla osamotnionych żeglarzy! Jeżeli już, wyłącznie dla stawiających wszystko na jedną kartę. Niemniej nawet będąc trybem w łańcuchu zależności, trzeba wiedzieć do czego, z kim i jakim kosztem się zmierza…
Po ubiegłorocznym przeglądzie dyplomów wypowiadałam się słowami „Oni nie myślą zgrzebnie. Nawet jeżeli mają do dyspozycji niezmiernie skromne środki. Wizje są często odważne, przełamujące myślenie o dostosowaniu się jak np. sławetni Kowalscy (gdy o meblu dajmy na to mówić) do określonych parametrów. Dla multimedialnego pokolenia adeptów sztuki wszystkie granice wydają się być do przekroczenia, wszelkie kanony do złamania, nieodwracalne – do odwrócenia!”. Fantastycznym bowiem projektem były np. „przenicowane” kanapy oraz sofy Joanny Polińskiej. Z tego, co dotąd stanowiło paprochy tapczanów, leżanek, foteli, a więc z drutów i pianki autorka zbudowała oryginalny bardzo walor zewnętrzności. Efekt rewelacyjny. Nic dziwnego, że zestaw zebrał szereg znaczących nagród nie tylko w kraju.
W tym roku nie było już we mnie takiego entuzjazmu. Zbyt dużo na prezentacjach szkolnych oraz z 4 pawilonie MTP znalazło się „poprawności”. Umiarkowania. Przydechu.
Opisywana przeze mnie zeszłoroczna praca opatrzona została mottem, cytatem z działającego w pierwszej połowie XX wieku genialnego amerykańskiego konstruktywisty, który zasłynął formą Domu-Kopuły, Richarda Buckminstera Fullera mawiającego: Ilekroć narysować okrąg, od razu chce się z niego wyjść!
Tym razem chodziłam korytarzami szkoły, ekspozycyjnym labiryntem hali targowej i nawet jeżeli coś mnie zahaczało (biało czerwone miękkie ograniczniki, ruchome barierki przejść – jak się okazuje już w trakcie pisania tego tekstu: Nagroda Marszałka Województwa Pomorskiego dla autorki Agaty Jankowiak, przyznana w ramach gdańskiej prezentacji NAJLEPSZE DYPLOMY AKADEMII SZTUK PIĘKNYCH 2013), rozbawiało (jak np. ławeczka w formie motyla, i niechby miasto pokusiło się o postawienie w swojej przestrzeni tej formy!), intrygowało (obraz z hebrajskimi literami), zastanowiło (recyklingowe, barwne, siedzisko z kapsli), to jednak czułam się zamknięta w okręgu. Coś czasami drgało, jak parawan z równoczesną funkcją wieszaka i mini-podręcznych półeczek. Niestety, z nie do końca przemyślanymi, dopracowanymi ich mocowaniami. Model pozostał więc tylko makietą. Może się jeszcze rozwinie …
W nowym roku akademickim Uczelnia powołuje nową pracownię, Pracownię Mebla.
Czy coś tam zaiskrzy, przełamie myślenie ograniczeniami. Jakkolwiek i to ma swoje walory, ma znaczenie. O czym przekonałam się podczas wcześniejszej tegorocznej na MTP prezentacji, prezentacji designu, gdzie zajęto się m.in. niestandardową zabudową małych łazienek. Jako że walor dzisiejszych poszukiwań, rozwiązań tkwi również w niezgodzie na zaszeregowanie, na trenowaniu siebie w buncie przeciwko ogólnym schematom narzucanym choćby przez standardowe budownictwo.
Owszem, mam świadomość, że przeciętny użytkownik czegokolwiek w pierwszym odruchu chce mieć to co ma znajomy, kolega, sąsiad. Że często barierą (również w wykonaniu prac studenckich, jeśli nie znajdzie się sponsor danego przedsięwzięcia), jest koszt projektu.
Jednak też nie do końca na tym problem polega.
Kiedy oglądałam prace wystawiane w Concordia Design czułam, że tam chyba zupełnie inna atmosfera, mówiąc najprościej – samego „kombinowania” panuje, że inna idea przyświeca procesowi nauczania, tworzenia. Powszechne u nas szkolnictwo ciągle jeszcze plasuje się w trybie nauczania duszącego ludzi, zabijającego w nich indywidualność, zmuszającego do konformizmu.
Te w Concordia Design prace z „czegokolwiek” unaoczniły mi, że tam się oczy, dusze, myślenie otwiera, uwalnia, pozwala iść w nieznane i – doświadczać, czyli uczyć się też odpowiedzialności za siebie, świadomości tego, i poczucia radości z tego, że jest się innym niż pan profesor, niż Ania, Rysiu, Geniu, Teresa, że należy mieć odwagę mówienia we własnym imieniu.
Jakby nie było pojęcie design (jako że gównie jednak wokół niego snuję swoje tu rozważania), wywodzi się łacińskiego słowa designare, tłumaczonego jako: wyznaczać, mianować. Gdy mówimy, że coś jest „designerskie”, sugerujemy produkt niepospolity, w najlepszym guście, na ogół nowoczesny, nowatorski, często futurystyczny, charakterystyczny, starannie w każdym detalu zaprojektowany.
Odwiedziłam niedawno berliński Bauhaus – Archiv. Dość niespodziewanie dla siebie samej, ale – dało mi to odświeżenie także retrospektywy w spojrzeniu na design, na jego ewolucję, by nie powiedzieć wprost korzenie.
Od końca XIX wieku w całej Europie pod wpływem rewolucji przemysłowej pojawiały się niepewności związane z równoczesnym uprzemysłowieniem produkcji mebli i dekoracji. W Anglii powstało wiele cechów rzemieślniczych, przeciwstawiających się typizacji produktów. Tendencje te pojawiły się również w Niemczech, w których głównym celem teoretyków stała się chęć połączenia fachu – czytam w katalogach – artysty z techniką.
Bauhaus, uczelnia artystyczno-rzemieślnicza utworzona przez Waltera Gropiusa (ur.1883 – zm. 1969, architekta także budynków: drugiej siedziby Bauhausu w Dessau, domów mistrzów w Dessau oraz zrealizowanego pośmiertnie (1976) Archiwum Bauhausu posiadające duży zbiór prac jego uczniów i mistrzów w Berlinie – vide zdjęcia!), powstała w Weimarze z połączenia Akademii Sztuk Pięknych i Szkoły Rzemiosł Artystycznych w 1919 r. Od 1925 r. działała w Dessau (obecnie Dessau-Roßlau). Później, w latach 1932-1933, do chwili zamknięcia uczelni przez hitlerowców – w Berlinie.
Bauhaus tworzyli najwybitniejsi twórcy sztuki XX wieku: Paul Klee , Wassily Kandinsky, László Moholy-Nagy, Oskar Schlemmer, Marcel Breuer. – Mimo że ich grafiki, fotomontaże i rzeźby powstałe w czasach działalności uczelni to do dziś Bauhaus stanowią klasykę awangardy. Kojarzony jest głównie z architekturą, gdyż na nią wywarł największy wpływ. Dokonał trwałej rewolucji istniejąc zaledwie 15 lat.
Przypomnę, że dwa lata temu w Poznaniu mieliśmy okazję podziwiać niektóre prace Bauhausu, Muzeum Narodowe pokazało eksponaty Waltera Gropiusa, Miesa van der Rohe, van de Velde.
"Chcemy stworzyć jasną, organiczną architekturę, której logika wewnętrzna będzie oczywista i promienna, nie obciążona kłamliwymi fasadami i sztuczkami; chcemy architektury przystosowanej do naszego świata maszyn, radia, szybkich aut" – pisał wiosną 1919 roku w swoim manifeście "Teoria i zasady organizacyjne Bauhausu" Walter Gropius.
Czyli architektura, jako coś więcej niż szkoła budowania, co na szczęście w naszych uczelniach, w świadomości niektórych naszych architektów także zaczyna mieć znaczenie.
– Przechodziłam przez kolejne sekwencje ekspozycji, przez prezentację poszczególnych mebli, przez aranżacje wnętrz, przez wystawę szkiców, rysunków, zdjęć, przez galerię
przedmiotów użytkowych typu łyżki, wazony, kandelabry, lampy, serwisy do kawy , tace, ozdobne formy rzeźbiarskie, makaty, narzuty, gobeliny, po makiety wizji architektonicznych… No i nie było to tylko moje zdanie. Całe tam międzynarodowe towarzystwo co chwilę na coś wskazywało i stwierdzało, niekiedy wręcz wykrzykiwało, że na tym bazujmy, że Bauhaus stworzył kanon wszystkiego, co do dzisiaj powielamy (z IKEą na czele!), że ciągle jeszcze, mimo tak niebywałego w naszej dobie przyśpieszenia technologicznego nie mamy w sztuce projektowania radykalnego przełomu. Mówię nie o nowych materiałach, nowych technologiach, wreszcie masowości. Organiczność tkwi w ergonomii, jeżeli myśleć o przedmiocie zarówno pod kątem piękna, jak i formy człowiekowi przyjaznej. Czyli: by łamać kanony, trzeba je od podstaw znać, trzeba wiedzieć co i dlaczego się przełamuje. I znowu wtręt. Jest w Poznaniu przy ul. Paderewskiego jedyna w swoim rodzaju, nostalgiczna, choć zarazem edukacyjna galeria ForForm wystawiająca design lat 50-60. Nie mieliśmy się czego wstydzić. Za tzw. „Żelazną kurtyną” lecz z otwartymi głowami, gotowi na odważne poszukiwania.
Jakkolwiek jest jeszcze jedna prawda: tamte przedmioty miały służyć człowiekowi latami, dzisiaj mamy epokę jednorazowego użytku, epokę szybkiego nużenia się otaczającymi nas przedmiotami, przedmiotami pożądanymi właśnie masowo, tych samych, pod każdą szerokością geograficzną. Czas zatem dla a r t y s t ó w szczególnie trudny – powracam do wątku bycia artystą z certyfikatem naukowym, artystą kreatywnym, wolnym od zniewoleń, artystą w zegalitaryzowanym świecie.
Wrócę jednak do przeglądu dyplomów. Niezmiennie poruszają mnie niektóre plakaty, zadziwia liternictwo, umiejętność operowania trafnym skojarzeniem, metaforą, hasłem, często z dystansem, ironią lub wysmakowanym dowcipem. I niezmiennie zadają sobie pytanie co się wobec tego dzieje z tym fantastycznym potencjałem?, skoro cała np. reklamowa przestrzeń miejska jest u nas bełkotem, kiczem, śmietnikiem !
Wdałam się tu w różne, na kanwie kolejnych pokazów dyplomów Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, obszary dywagacji, a i tak problemów obecności sztuki naszym życiu ledwie dotykam. Zastanawiam się nad edukacją społeczną w kierunku sztuki, nad w ogóle potrzebą obcowania z pięknem, nad pozbawionymi zmysłu estetyzmu decydentami różnych szczebli, nad …
W trakcie spisywania swoich rozważań, długiego bardzo spisywaniu, jako że dałam sobie świadomie czas na zweryfikowanie tego, jaki obraz młodych twórców we mnie po prezentacji dyplomów przetrwał, w gabinecie dentystycznym (sic!) natknęłam się na pierwszy tegoroczny numer miesięcznika o sztuce „Art & Business”, a w nim na ciekawy tekst Olgi Święcickiej „Wyjście z cienia” o … wystawie absolwentów warszawskiej ASP.
Widać w różnych miejscach wnikliwie, wyczekująco przyglądamy się młodej sztuce ! Wyraźnie wypatrując jakiegoś przełomu, zwrotu, zaskoczenia. Na razie jednak są to relacje bez okrzyku, że oto coś takiego nastąpiło.
Olga Święcicka ma odczucia podobne do moich w Poznaniu w zeszłym roku, i tylko śladowo obecnych: Tegoroczny „COMING OuT” – pisze – zaskakiwał dojrzałością, często bawił pomysłem, a przede wszystkim dawał wnikliwy obraz hermetycznego środowiska […]. Bywał bardzo „insiderski” (wtajemniczony, poufny – GB), szczególnie gdy otwierał przed nami kulisy powstawania prac, ale też w brutalny sposób szczery. Młodzi artyści mają tylko chwilę, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Ich strategie są różne. Wyjście z cienia wcale nie musi być odważne – puentuje Święcicka.
O! , w jej podsumowaniu pojawiło się również słowo „odważne”, od którego ja pisanie o młodych twórcach zaczęłam, stwierdzając, że artysta musi być odważny. I podtrzymuję to. Sam akt tworzenia dzieła jest już aktem odwagi. Kimkolwiek by z natury człowiek tworzący nie był. Chucherko, introwertyk, eremita.
Dzieło sztuki musi nas zahaczać, atakować, w nas zostawać, nawet jeżeli będzie samo w sobie niewielkie, delikatne, niepozorne. Ono musi mieć jakąś wewnętrzną siłę, energię, którą tchnie w nie artysta. Własną energię, nie „zasilaną” internetem.
Grażyna Banaszkiewicz
(zdjęcia autorki)
Autor: naturalnie