Aktualności i nie tylko
Dwa metry bieżące gazy…

– Ma pani gazę ?

– Nie mam. A muszę mieć ?

– Nie, nie musi pani. Fizjoterapeutka oddala się do zlewu, pod kranem którego moczy dwa gazowe tampony. Potem jeden umieszcza mi na łokciu, a drugi tuż przy nadgarstku. Potem przykłada do nich kwadratowe metalowe blaszki. Potem owija to wszystko jakimś strzępem folii bąbelkowej. Moja lewa ręka od łokcia do dłoni wygląda więc niczym niechlujnie do ekspedycji przygotowana paczka.

Potem mocuje się z wysłużonymi wyraźnie gumowymi paskami. Potem mocuje się z kabelkami, bo: – Nie, to nie ten… Chyba ten – mówi. Irytuje się: – Mocno wszystko pokręcone.

Potem nastawia zegar urządzenia osadzonego na prymitywnej półeczce, przymocowanej do ściany nad tzw. „kozetką”, na której siedzę, po odsiedzeniu 40’ przed drzwiami gabinetu zabiegowego. Dziewczyna wystukuje jeszcze wysokość natężenia prądu, po każdym stuknięciu pytając, czy już coś czuję?

Dość długo niczego nie czuję, zatem pytam, co mam odczuwać ?

– A, takie lekkie szczypanie, mrowienie…

Pojawia się mrowienie.

– No, dobrze – słyszę – jak będzie coś nie tak, to mówić! i z okrzykiem: – Chodźcie, robię herbatę ! – zasłania miejsce, gdzie doznaję elektrostymulacji łokcia.

Przy stole za zasłonką robi się ruchliwie i bardzo swobodnie. Dziewczęce głosy bezpardonowo relacjonują doznania minionego weekendu. Z podkręconego głośniej radia sączy się piosenka „Trwaj chwilo trwaj, jesteś taka piękna …”.

Trafiłam tutaj po niefortunnym uszkodzeniu mnie w trakcie ostatniego sanatoryjnego masażu.

Młodzian, absolwent nowo powstałej szkoły fizjoterapii, nie wiedzieć czemu ? (w karcie miał zastrzeżone dotykanie mocno poharatanych kręgów szyjnych), nagle, kończąc kilkutygodniowe próby rozluźnienia moich braków, ucisnął dwa miejsca na karku.

Ledwie stanęłam na równe nogi. Niestety lewę rękę, od barku po dłoń przeszywał paraliżujący ból. Gdy następnego dnia rano siadłam za kierownicą samochodu, praktycznie operowałam już tylko jedną ręką. Trzy palce lewej dłoni były boleśnie sztywne.

—

Lekarz przyjmujący mnie z polecenia szpitala nie mającego już limitów na najbliższe … dziesięć – jak orzekła pani z rejestracji – lat, spóźnił się dwadzieścia minut. Od razu też odebrał radujący go niezmiernie telefon. Kontynuował rozmowę jednocześnie przeglądając na naściennym podświetlaczu, czyli tyłem do mnie siedzącą za jego biurkiem, zdjęcia sprzed lat. Przy wyznaczaniu terminu wizyty nakazano mi bowiem przyniesienie posiadanych ewentualnie zdjęć ręki i kręgów szyjnych.

– Tak, kręgi szyjne wyraźnie zdegradowane – stwierdził – natychmiast tłumacząc: – Nie, nie, przepraszam, to nie do ciebie, do pacjentki …

Uznałam, że nie mam zamiaru pozostawać świadkiem tego upojnego konwersowania, co przywróciło mu świadomość sytuacji. Szybko z panią po drugiej stronie linii umówił się na popołudnie, a siadając na krześle przede mną wydał polecenia: – Wyciągnąć ręce. Rozczapierzyć palce. Złożyć. Jeszcze raz rozczapierzyć. Napierać na moje dłonie (objął krawędzie moich).

– Tak, lewa ręka jest niesprawna. Dam pani skierowanie do szpitala.

– Słucham ? – nie kryłam zdziwienia.

– Na operację. Na podcięcie nerwu.

Dalej nastąpił wywód na temat braku szybkich terminów w lecznictwie powszechnym. Padła rada szukania możliwości w szpitalach miejscowości ościennych, albo…

– Albo ? – pytam

– Albo zrobić to prywatnie.

– Tutaj ?

– U nas też jest to realne.

– Jaki jest koszt takiej operacji ?

– Cztery tysiące.

– Rozważę…

Rozważyłam.

Postanowiłam skonsultować skierowanie na operację z innym specjalistą. Trafnie. Tym razem miałam już do czynienia z lekarzem, dla którego nie byłam tylko niesprawną lewą ręką, ale człowiekiem całym, organizmem ze wszystkimi w nim powiązaniami, zależnościami.

—

– Ma pani gazę ? – następnego dnia zwraca się do mnie ta sama co wczoraj młoda osóbka.

– Nie, ale przecież pytałam …

– Wszystko w porządku, damy radę – deklaruje i obwiązuje mi rękę kabelkami oraz wymiętą, poszarpaną folią bąbelkową.

Kiedy tu wczoraj przybyłam, położyłam na stole obok innych kart swoją kartę pacjenta, poczym zajęłam miejsce w korytarzu.

Wąsko, ludzie trącają się przechodząc, zwłaszcza ci o kulach, z balkonikiem, czy po prostu z pakunkami. Siedzę i – nic. Wywoływane są osoby przychodzące sporo czasu po mnie. Decyduję się na pytanie o przebieg kolejki. Pada polecenie: – Niech pani czeka !

– Ale, wywołujecie osoby, które przyszły przed chwilą – oponuję.

– Jak to ?

– Stojąca już w zabiegowym przepierzeniu pani z córką – potwierdza.

– To dlaczego pani się nie upomina ? – strofuje mnie młoda osóbka. Trzeba pilnować. Walczyć o swoje. Gdzie pani karta ?

– Tu – wskazuję kartę przed jej oczyma.

– No to niech pani teraz wchodzi. Pani z córką czeka !

Słowo „niech” zaczyna budzić we mnie opór. Nie ma już dzisiaj zwrotu „proszę” (proszę wejść, proszę podać, proszę poczekać), wszędzie warkliwe: Niech !

—

Dzień kolejnego zabiegu zaczyna pytanie: – Ma pani gazę ?

– Na litość, co pani ciągle z tą gazą ? Dotąd odpowiadała mi pani, że nie muszę mieć żadnej gazy.

– Bo nie musi pani. Niech pani wejdzie.

Z kozetki wstaje jakiś pan, jeszcze chwilę się ogarnia i wychodzi. Czekam, ale nic się nie dzieje, nikt nie wymienia podkładu, nikt nie przeciera kozetki. Zdejmuję sweter i na nim siadam. Po powrocie do domu sweter wrzucam do pralki. Do torby pakuję swój ręczniczek.

—

Jak codziennie w samo południe, stawiam się na zabieg. Pryszczaty młodzian pyta mnie czy mam gazę ?

Tracę cierpliwość: – Proszę mi wreszcie wytłumaczyć o co chodzi z tą gazą?, dlaczego codziennie mnie o nią pytacie ?

– Bo niektórzy mają.

– Co znaczy niektórzy ?

– No, ci co chcą mieć swoją.

– Jak to – mieć swoją ? Co robicie z tymi gazami ?

– Przepłukujemy i suszymy na kaloryferze (wskazuje metalowy grzejnik pod oknem).

– Przecież jest upalne lato, kaloryfer nie działa.

– Ale gazy szybko schną, poza tym, jak pani widzi i tak musimy je przed nałożeniem zwilżać.

– Czy ja dobrze rozumiem, że te tampony są wszystkim po kolei zakładane, są tamponami wielorazowego użytku ?

– Tak, właściwie tak….

W pogłośnionym radiu – jak na ironię – piskliwym głosikiem piosenkarka zawodzi: Za dużo słów, za dużo słów na marne …

W drodze powrotnej do domu zahaczam o aptekę. Proszę o gazę. Dostaję kilka jej formatów. Skonsternowana przedstawiam do czego mają służyć. W tym momencie pani za apteczną ladą uśmiecha się: – To te proszę pani, w opakowaniu są dwa gotowe tampony. Najczęściej kupowane. Widzę – wgląda w ekran komputera – że już muszę domówić.

—

Przychodzę na elektrostymulację z własnym podkładem i własnymi tamponami. Ale że lekarce określanej mianem pierwszego kontaktu wysłałam zdjęcia „opakowań mojej ręki”, sugerując, iż folia bąbelkowa na moje oko jest folią z odzysku i dostaję odpowiedź: – Kto by pomyślał, że pokolenie nie tknięte już PRLem wpadnie na te same „oszczędnościowe” praktyki…

– zagaduję:

– Czy ta folia wyrwana jest z kopert korespondencyjnych ?

– Jakby pani zgadła – słyszę. Gdy przychodzą paczki, to dlaczego tego nie wykorzystać ?

Milknę i tępo patrzę w skopaną vis a vis ścianę. Tu jest jeszcze wężej niż na korytarzu.

Gdy na kozetce siada słusznej postury osoba, chcąc nie chcąc znaczy na ścianie swoją obecność.

Pacjenci swoją obecność w przychodni znaczą również dotkliwiej. W toalecie tylko zawieszki po lustrze, wieszak z drzwi wyrwany, przy prysznicu – wyrwany, a dobra klamka z zamkiem GERDY wyraźnie naruszona.

—

Kilka dni względnego spokoju. Nikt nie pyta mnie o gazę. Radio przyciszone. Tylko z głębi korytarza ciągłe niosą się płacze dzieci. Bardzo dużo niemowląt.

W rejestracji, gdzie odbierałam kartę pacjenta (codzienny rytuał), za mną stała mama z wręcz miesięcznym maleństwem.

Wyrażam zdziwienie taką ilością małych dzieci potrzebujących stymulacyjnych zabiegów.

– Co się pani dziwi ? – Przechodząca obok pracownica przychodni zatrzymuje się: – Dziewczyny są dzisiaj skrajnie nieodpowiedzialne. Niektóre w trzecim, w piątym miesiącu, a nie czytała pani, zdarza się że dopiero przy porodzie, dowiadują się, że są w ciąży. Cały czas piją, palą, używają życia – jak to one mówią – „na maxa”. No to, co z tego ma być ? …

—

Ponieważ moje palce drgnęły, zginają się, zaczęły chwytać, tylko ten najmniejszy ciągle pozostaje oporny, zdrewniały, pada propozycja, by moja lekarka zamieniła elektrostymulacje na galwanizacje.

Przynoszę stosowne skierowanie, na nowo się rejestruję, siadam w innym przepierzeniu, nie obok, a za stołem, przy którym toczy się gabinetowe życie: śniadanka, ptasie mleczko dyskusje, że studenci są darmową siłą roboczą …

W radiu rock. Za jednym z przepierzeń emablujący fizjoterapeutkę pan w sile wieku. Ona początkowo jest tymi umizgami rozbawiona, ale po dłuższej chwili wyraźnie go tonuje i przychodzi do mnie.

– Ma pani swoją gazę ?

– Jak to ? Przecież przyniosłam. Zostawiłam.

– Taaak ? No wie pani …

– Czyli cały ten czas znowu miałam różne, także innym podawane tampony ?

– Wynika z tego, że tak.

W torbie znajduję jeszcze jeden komplet. Chciałam kupić nawet więcej, pani w aptece była jednak przekonana, że dwa z pewnością mi wystarczą.

Fizjoterapeutka przynosi czarny marker. – Zrobimy czarną kropkę. Tampony będą oznaczone i odłożone.

Podłącza mnie pod galwanizator. Stopniuje natężenie prądu pytając czy coś czuję?

– Tak – coś mnie łaskocze.

Czytam „Wysokie Obcasy”, jednak nie mogę się skupić. Odczuwam pieczenie. Odsuwam zasłonkę, wołam o pomoc.

Cisza, spokój. Radio też przyciszone.

Wiercę się. Ręką coś wzdrygnęło. Koniec. Aparatura wyłączyła się.

Pojawia się fizjoterapeutka: – Wszystko w porządku ?

– Chyba nie bardzo. Coś mnie piecze.

– No, jest trochę zaczerwienione. Taki odczyn. To się zdarza.

W nocy ręka piecze bardziej, na palcach łuszczy się skóra. Ratuję się wazeliną i bawełnianymi rękawiczkami.

—

Kolejnego dnia pani pytającej – Czy mam gazę ? – pokazuję palce.

Posykuje i stwierdza: – Trochę się przypiekły. Trzeba smarować czymś tłustym. W żadnym wypadku nie środkami nawilżającymi. Dzisiaj damy niżej. Ile pani miała ?

Robię zaskoczoną minę. Rozkładam ręce. – Chyba widziałam dwa, kropkę i zero.

– W porządku, damy powyżej jedynki. I w razie czego wołać.

– Biorę gazetę, zaciekawia mnie jednak głos pani zza przepierzenia, w którym wcześniej siedziałam: – Dlaczego pani podłączyła mi kolana ? Ja mam kręgosłup, lędźwie…

– Tu są kolana !

– Gdzie ?, na mojej karcie jest kręgosłup !

– Przecież widzę.

– Niech pani sprawdzi karty !

– A tak, to jest na drugiej karcie. Pani ma kręgosłup. Ale to pani nie

zaszkodzi. Niech pani poczeka…

Nakazuje pacjentce położyć się na brzuchu, zapewnia: – Kolana nie zaszkodzą, a mogą nawet pomóc. Też w kręgosłup idą.

Zastanawiam się dlaczego nikt w młodych ludziach nie rozbudza empatii, nie uwrażliwia ich na odpowiedzialność za swoje działania ?

Znajoma mawia: Nie jest najgorsze, że będziemy z nimi pracowali w redakcjach, ale że będą naprawiali nam samochody i .., że będą nas leczyć.

—

– Czy ma pani swoją gazę ?

Jak to się zwykło określać „wyłupiam oczy”: – Przecież oznaczono moje tampony markrem, czarną kropką – staram się mimo wszystko być miłą.

– Widocznie się sprały.

Pani znika i nie ma jej dłuższy czas. Pojawił się bowiem jakiś młodzian owacyjnie witany. Wszyscy wokół niego piszczą i piszczą. On bryluje, zagłusza, jako że cały czas konkurują z radiem, słowa ballady: Znów noc i dżin, w głowie się tli, a w duszy mej splin…

Przemykająca mimo mojego przepierzenia fizjoterapeutka zauważa, że siedzę nie podłączona. Sumituje się: – Oj, myślałam, że koleżanka już to zrobiła…

Jak dobrze, że wszystko finalizuję – myślę. Z gazą włącznie. O którą dzień później jestem raz jeszcze indagowana.

– Ile tej gazy potrzeba ? – pytam stanowczo.

– Dwa metry bieżące. Ale nie, nie musi pani jej przynosić, damy sobie radę. Tak rutynowo pytamy.

Grażyna Banaszkiewicz

(zdjęcia autorki)


Autor: naturalnie
Naturalnie... dla zdrowo myślących
Omówienie polityki prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie do naszej witryny i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.