Ci, którzy rozśmieszają ludzi, cenniejsi są od tych, którzy każą im płakać - Marek Aureliusz
Społeczeństwo... »

U Pana Boga za piecem

Mimo rozwoju cywilizacji, mnisze życie trąci pewną egzotyką. Mimo postępu widocznego nawet w Kościele, niektórym wydaje się, że mnich to mocno nawiedzony osobnik, które całe swoje życie spędza na postach i umartwieniach, a do snu zamiast łóżka używa trumny biorąc dosłownie zasadę memento mori. Oczywiście nic bardziej błędnego, a każdy może przekonać się o tym na własnej skórze.

 

 

 

U Pana Boga za piecem

O tym, że życie zakonne nie jest tak bardzo „udziwnione" może u benedyktynów w Tyńcu przekonać się każdy. Nie musi w tym celu wstępować do zakonu. Wystarczy po prostu przyjechać. Każdy chętny może przez jakiś czas uczestniczyć w klasztornym rytmie życia. Dzień zaczyna sie o godzinie 6.00 poranną modlitwą i mszą. Potem dzień toczy się własnym torem, a mnisi przeplatają go pracą i modlitwą. Wbrew plotką, jak w każdej rodzinie są trzy posiłki dziennie. Cały dzień w zakonie kończy się o 20.30.

Po co ludzie przyjeżdżają w takie miejsce? O. Zygmunt wymienia kilka powodów: ciekawość, egzotyka... jednak jak podkreśla, większość ludzi przyjeżdża tu z potrzeby serca. Ludzie potrzebują ciszy i atmosfery klasztoru, który tak bardzo kontrastuje ze światem, który ich otacza. To jest naturalna potrzeba każdego człowieka, choć nie zawsze uświadomiona.

Świat proponuje człowiekowi wiele sposobów na spędzenie weekendu, wakacji, czy urlopu. Atmosfera klasztoru przypomina człowiekowi, że istnieje inny świat w którym za marność uważa się blichtr, wystawne przyjęcia, drogie ciuchy i perfumy. Atmosfera klasztoru, choć wydaje się człowiekowi ciemna i zapomniana, w rzeczywistości staje się dla wielu momentem niezapomnianym. Nigdzie nie jest napisane, że przyjeżdżający tu człowieku musi stać się od razu święty. Nie chodzi tez o promowanie jakiejś skostniałej dewocji, „odklepaniu” brewiarzowych formuł, czy nawet zwykłej poznawczej podróży w świat, który wydaje się zamierać. Czas spędzony w klasztorze, a nawet już sama możliwość spędzenia kilku dni w tak nietypowym towarzystwie, przypomina, że obok wartości materialnych istnieje jakże bogaty świat ludzkiego ducha, który również domaga się pokarmu. I znów nie zawsze chodzi o jakiś ortodoksyjny, zamknięty katolicyzm. Chodzi o szersze spojrzenia na człowieka jako na istotę, której jako jedynej we wszechświecie nie wystarcza talerz gorącej zupy, a do dobrego życia potrzebuje czegoś o wiele cenniejszego.

Do Tyńca przyjeżdżają wszyscy. Wcale nie są to tylko ludzie o głębokiej, ukształtowanej dobrze religijności. Przyjeżdżają ludzie biznesu, którzy nagle odkryli, że ich świat się kończy, wzięci prawnicy, lekarze, sławni architekci. Wszyscy oni nie szukają jedynie prostych odpowiedzi, które mogą usłyszeć w swoich kościołach. Chcą poszukać odpowiedzi przede wszystkim w sobie, a wirze codzienności brakuje im i chęci i czasu. Każdy z nich na swój sposób odkrywa siebie, uświadamia sobie dawno zapomniane potrzeby i odkrywa na nowo duchowe pragnienia. Wielu doznaje tego, co nazwać by można poruszeniem serca – odczucie, którego ostatni raz doświadczali wtedy, kiedy ich misternie dziś zbudowany świat dopiero się układał.

Każdego stać, aby przyjechać do Tyńca choćby na weekend. Myślę, ze warto podarować sobie tę odrobinę duchowego luksusu, aby poczuć się bliżej natury – bliżej natury człowieka w której drzemią ukryte wartości, również te często zapomniane – duchowe. Nikt nikomu nie gwarantuje tu duchowych doznań czy nadzwyczajnych ekstaz. Jestem jednak pewien, że każdy, kto postawi tu swą stopę, będzie mógł poczuć się jak u Pana Boga za piecem.

 

Piotr Chudziński