Dla wielu Powstanie warszawskie pozostanie w pamięci jako wielki zryw, znak sprzeciwu przeciw okupantowi. Było w swej wymowie podobne do romantycznych zrywów z czasów zaborów. Było również bardziej krwawe. Dziś – po 63 latach – poddaje się w wątpliwość zasadność wybuchu powstania. Rzeczywiście z punktu widzenia strategicznego, politycznego i militarnego powstanie nie mogło się udać. Pozostaje jednak – odsuwany dziś niestety na bok – aspekt moralny, którego nie można bagatelizować.

Warto zdać sobie na początku sprawę, że zarówno rząd londyński, jak i dowództwo powstańcze nie miało takiej wiedzy, jaką posiadają dziś historycy. O ile wiadomo było mniej więcej z jak licznymi siłami przeciwnika powstańcy mieli do czynienia, to nikt po stronie polskiej nie spodziewał się tak pechowego rozwoju wypadków. Dowództwo AK nie mogło na przykład wiedzieć, że Rosjanie nie pozwolą lądować angielskim liberatorom na ich lotniskach. Również mocarstwa zachodnie, przynajmniej z początku odnosiły się do powstania z rezerwą. Oczywiste, że Stalinowi nie było po drodze z powstańcami, którzy reprezentowali legalny polski rząd. Stąd z wrodzoną sobie bezczelnością patrzył, jak Warszawa płonie w ogniu powstańczych walk. Rezerwa jaką wykazywały mocarstwa zachodnie podyktowana była politycznym pragmatyzmem. Bez wątpienia to Stalin dyktował warunki – nic dziwnego poświęcił w tej wojnie najwięcej żołnierzy i to była jedna z jego podstawowych kart przetargowych. Zachód uznał zatem, że tak jak nie warto było umierać za Gdańsk w roku 1939, tak nie warto umierać za Warszawę w roku 1944. Jeszcze raz twarde realpolitik zwyciężyło ofiarę polskiego żołnierza. Można wytykać powstańcom brak należytej organizacji, spontaniczność, niedostateczne uzbrojenie, braki w wyszkoleniu. Ale nie można odmówić im determinacji. Powstała ona z moralnej siły, która chciała powiedzieć swoje non possumus nazistowskiemu terrorowi. Jakże wymownie brzmi tutaj zdanie Alberta Camus’a, mówiące, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Tego lata roku 1944 Polacy pokazali, że są niepokonani. Ukazanie moralnej siły narodu kosztowało wiele ofiar. Jakim bylibyśmy narodem, gdyby nie powstanie’44? Zapewne przynajmniej na początku rządów komunistów mielibyśmy młodą, dobrze zapowiadającą się elitę. Może Krzysztof Kamil Baczyński dostałby kiedyś Nagrodę Nobla, jednak bardziej prawdopodobne jest, że albo by wyemigrował, albo zostałby zakatowany w SB-ckich więzieniach. Stalin nie pozwoliłby bowiem na istnienie jakiejkolwiek niezależności. Tezy tej dowodzi fakt, że ci żołnierze, który przeżyli, określani byli w propagandzie jako bandyci, opryszki itd. W losach powstania zapisane są indywidualne historie ludzi, bardzo często młodych. Każdy z nich mógłby zostać bohaterem niejednej dobrej książki. Dobrze stało się, że jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Uważam, że to najnowocześniejsza placówka tego typu w naszym kraju. Chyba każdy, kto był tam choć raz wyszedł z tego miejsca nieco odmieniony. Nawet młodzi, zazwyczaj mało zainteresowani historią, wychodzą stamtąd choć odrobinę zadumani. Wielki ukłon w tym miejscu należy się przewodnikom oprowadzającym oprowadzającym po Muzem Powstania. W przeciwieństwie do swoich kolegów z innych tego typu placówek, widać ich emocjonalnie zaangażowanie w tematykę, którą podejmują. Udziela się ono także zwiedzającym. Z fotografii ludzi powstania bije... optymizm. Nie są to twarze smutne czy przygnębione. Jest to bardzo wymowne, biorąc pod uwagę warunki w jakich przyszło im żyć. Twarze ludzi powstania dedykuję wszystkim tym wiecznie narzekającym na rząd, gospodarkę, szczupłość portfela i nie wiem co jeszcze – tym, którym wiecznie czegoś brakuje i wszystko się należy. Jestem przekonana, że powstanie, mimo różnorakich kalkulacji, jest jasną kartą w najnowszej historii Polski. Pokazało - raz jeszcze – siłę ducha polskiego narodu. A wszystkim, którzy kontestują jego wartość, warto zadać pytanie, czy oni sami byli by zdolni do podobnego zrywu. Czy czasem nie jest tak, że woleliby nie podnosić głowy, nawet wbrew nadziei.
Krystyna Preiss
01.08.2007.
