


Czy był to rok wojny polsko-polskiej (określenie użyte bodaj w lipcu 2008 r. a’propos wewnętrznych sporów między prezydentem Lechem Kaczyńskim a ministrem Radkiem Sikorskim, dotyczących tarczy antyrakietowej) na słowa, gesty, insynuacje, obrażanie się? Rok z krzyżem i kataklizmami w tle? A może rok ,,polskiego piekła”? Takiego wyrażenia użył premier Tadeusz Mazowiecki na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego 31 marca 1990 roku. Powiedział wtedy ,,Abyśmy tej zaczynającej się polskiej demokracji nie zamienili w polskie piekło(...) swarów, podgryzań i walk”. Dziś byśmy powiedzieli: wizjoner...
Czy w minionym roku przeszliśmy przez dziewięć kręgów dantejskiego piekła? Nie ma co liczyć tych naszych polskich kręgów...
I zostało ściernisko...
Tamta zima trzymała długo. Srogo smagała nasz kraj śniegiem, mrozem. A potem przyszły powodzie (także po ulewach) w kilku koszmarnych odsłonach. W pamięci pozostaną twarze bezradnych ludzi, płaczących tęgich chłopów, którym woda zabrała cały dorobek, pozostaną w pamięci pola z naniesionym rzecznym mułem, pola na których przez ileś sezonów nic nie wyrośnie. To wtedy według zalewanych, powodziowych terenów uczyliśmy się geografii Polski nieznanej. Bo któż słyszał o Bogatyni, Miedziance, Witce? Albo o maleńkiej kolonii Prusów, o gminie Wilków, o Woli Przemykowskiej, Zamłynie, Kwikowie... Były jeszcze groźne osuwiska w Sandomierzu, Lanckoronie i Milówce.
A kiedy miało być mokro to przyszły upały. Tropikalne wręcz. Ludzie padali na ulicach, rozlegały się apele skierowane do seniorów i ludzi chorych, aby nie wychodzili z domów. W wielu miastach tworzono wodne kurtyny, aby na chwilę ulżyć przechodniom. A na wsiach znowu kataklizm - wysuszone pola, uprawy suche jak pieprz.
I wtedy wielu bezradnych pytało: dlaczego Bóg nas tak doświadcza? Czy to jakieś fatum?
Mroźna powtórka
A na przełomie listopada i grudnia 2010 roku zima znowu zaatakowała z całą swoją mocą, nie bacząc na kalendarz, w którym przecież jeszcze była jesień! Zasypała śniegiem torowiska, unieruchamiając pociągi czy tramwaje. Na autostradach tworzyły się zaspy nie do przebycia, więc samochody stały w gigantycznych korkach. Każde nawet niewielkie wzniesienie było nie do pokonania. Stłuczki, wypadki, kraksy. Ale i przerwy w dostawie prądu (150 tysięcy zmarzniętych częstochowian), awaria gazownicza w Zielonej Górze (ewakuowano 6,5 tysiąca osób).
Gwiazdkowy tęgi mróz utworzył na niektórych rzekach zatory lodowe (na Noteci 10-ciokilometrowy). I choć woda zaczęła bezpośrednio zagrażać miastom, miasteczkom i wsiom podjęto nonszalancko decyzję, że lepsze będą podtopienia niż wysadzenie zatorów, niż wysłanie lodołamaczy, bo te operacje są zbyt kosztowne. A jak będzie się wyceniać koszmar ludzi, którym przy odwilży woda zaleje domostwa? Paczkami żywnościowymi, kocami, kontenerami - tak jak latem?
I oto czytam, samej sobie nie wierząc, że w Łodzi, sparaliżowanej śnieżną nawałnicą, w pobliżu jednego z osiedli zaczęto... sadzić drzewka, kopiąc w głębokim śniegu. Bo taki termin nasadzeń miała pewna firma ogrodnicza. No, cóż - w kabarecie by tego nie wymyślili!
Ścięta brzoza
Omijam ,,smoleński” temat, bo się go boję. Tyle już słów powiedzianych, tyle łez wypłakanych. Tyle banałów i sloganów, tyle niewybrednych żartów opowiedzianych, satyr napisanych. Chyba w ten sposób chcieliśmy okłamać nasze zdumienie, pomniejszyć rangę wydarzenia, może obłaskawić nasz żal? zdumienie? Prawdopodobnie nikt tak naprawdę nie śmiał się z okrutnej śmierci 96 osób ważnych dla kraju, nawet jeśli zdarzyło się odetchnąć z ulgą, że ten czy tamten polityk przestanie nas ośmieszać, drażnić swarliwością, zadziornością, nieznajomością rzeczy ważnych.
W tamten dzień, 10 kwietnia 2010 roku, rano przybiega do mnie sąsiadka i mówi, że nasz prezydent nie żyje. Odruchowo myślę o włodarzu miasta. Nie, nie, chodzi o Kaczyńskiego - wyjaśnia sąsiadka. Nie dowierzam, że oto nagle mieszkam w kraju, który w sekundzie został pozbawiony prezydenta, wielu ministrów, generalicji i zastanawiam się czy jesteśmy jako naród w tej niebywałej sytuacji bezpieczni, choć mieszkamy ponoć otoczeni przyjaciółmi.
Siadam przed telewizorem, przeskakuję z kanału na kanał. Nie jestem nic lepsza od tych, których krytykuję, bo uwielbiają skandale i krwawe artykuły w tabloidach. A media szaleją, reporterzy dostarczają coraz innych wiadomości, coraz bardziej fantastycznych (sztuczna mgła rozsnuta przez Rosjan, tupolew ściągnięty gigantycznym magnesem) a i groźnych (atak terrorystyczny; zamach na prezydenta), dają nawet ułudę, że może nie wszyscy zginęli i dumnie powtarzają ,,jako pierwsi tam dotarliśmy”, ,,jako jedyni pokazujemy...”, są z kamerami i mikrofonami coraz bliżej tej ściętej samolotem brzozy, miejsca tragedii. A potem miałam wrażenie, że niektórzy już wówczas zwietrzyli w sprawie niezły pieniądz, więc czem prędzej zasiedli do pisania książek. Ukazują się już wkrótce: o katastrofie, o miłości Pary Prezydenckiej, o elegancji Pierwszej Damy, o największym w polskich dziejach Prezydencie...
Przywykło się mówić o tragedii pod Smoleńskiem, stawiając znak równości z tragedią katyńską - wszak nieszczęśliwa delegacja była związana z 50 rocznicą mordu w Katyniu. Czy tak wolno - zastanawiam się do dziś - porównywać okrutną masakrę polskich żołnierzy z, no. cóż, po prostu - katastrofą samolotu?! Czy można tamtą elitę oficerską porównywać z tymi, którzy zginęli podczas tragicznego lądowania? Bo tych, którzy zginęli w tupolewie też nazwano elitą narodu polskiego...
Ewa Kłodzińska