Smutek każdy i niesmak znika, gdy mu pożywienia nie dajesz - Alfred Tarski
Ludzie »

Stanislaw Sojka-Usłyszeć siebie

Drukuj

Żeby być sobą, trzeba wiedzieć kto to". Napisałem to zdanie po koncercie Perfektu. Stałem za kulisami i patrzyłem na falującą publiczność, głównie męską, skandującą refren „chcemy być sobą wreszcie".

Pomyślałem: to jest bardzo dobry kierunek chłopaki, ale w takim hałasie niewiele da się ustalić, w każdym razie nic ponad kośćmi, krwią i ciałem. Potrzeba ciszy, żeby się usłyszeć, znaleźć do siebie drogę, a potem już nie odpuszczać. Nie znalazłem odpowiedzi na wiele pytań, ale wiem, że mój los to muzyka, rodzicielstwo i podróż. Niekoniecznie w tej kolejności.

Z muzyką w świat

Miałem w życiu szczęście do ludzi kochających muzykę. W najbliższej rodzinie, potem w kościelnym chórze, w szkole i na Akademii Muzycznej. Moi nauczyciele nie tylko żyli muzyką, ale potrafili mi przekazać miłość do niej. Dziadek był kościelnym organistą. Kompletnym samoukiem.

W domu dziadków była taka tradycja, że po niedzielnych obiadach, albo w czasie uroczystych zjazdów rodzinnych, wszyscy wspólnie śpiewaliśmy. Tak mi się to spodobało, że w wieku 8 lat byłem już w kościelnym chórze. Mieszkaliśmy blisko gliwickiej katedry i parę dobrych lat prześpiewałem tam najpierw jako sopran, potem alt i w końcu tenor. Poznałem muzykę polskiego średniowiecza, baroku, potem klasyków wiedeńskich, ale najważniejszy był udział we wspólnym muzykowaniu. W szkole żmudnie uczyłem się skrzypcowego warsztatu, a śpiewanie w chórze dawało szansę, na muzykowanie od razu.

W wieku 13 lat stało się dla mnie jasne, że chcę być muzykiem. Mój ojciec, mistrz budowlany, był tym mocno zaniepokojony. Uważał, że bycie grajkiem to niepoważna profesja. Im bardziej się sprzeciwiał, tym bardziej ja pragnąłem udowodnić, że dam sobie radę w życiu. Pewnie ten konflikt sprawił, że szybko wyszedłem

w świat. Bardzo wcześnie zostałem zaakceptowany przez publiczność, zacząłem zarabiać pieniądze i stałem się popularny. Mój pierwszy zespół składał się z wybitnych , starszych o pokolenie muzyków. Byli to Wojciech Karolak, Tomasz Szukalski, Zbigniew Wegehaupt i Czesław Bartkowski. Wiele się od nich nauczyłem.

Skupienie jest jak trema

Minęło 25 lat, w tym czasie ze dwa razy byłem popularny jak cholera, i niby wszystko się zmienia, gorączki mijają, ale ja dalej gram i muzyka fascynuje mnie nie mniej niż na początku. Bo to piękna i wielka Pani. Niezwykle abstrakcyjny absolut, coś czego się nie powącha, nie posmakuje , nie dotknie, a jest. I działa.

Nie wyobrażam sobie, że przestaję czynnie grać muzykę. W moim wypadku muzyka to podróż. Kiedyś miałem na to więcej sił. Dojazdy, rozpakowywanie, próby, kłopoty ze sprzętem, po koncercie dziennikarze i autografy. Potem hotel, a rankiem wyjazd do następnego miasta. Wszędzie jest inaczej, wszędzie inni ludzie, inny dzień, inna pogoda. I tak200 dni w roku. Wszystko po to, żeby odbył się koncert. Żeby było spotkanie i skupienie. Spotkanie z melomanami, ale i nasze spotkanie, muzyków w zespole, z których każdy tej muzyki szuka po swojemu, po to, żeby był jeden rytm i jeden efekt. Jesteśmy ze strefy muzyki improwizowanej, to oznacza, że nasze pieśni i piosenki gramy jazzowo. Nigdy nie pamiętam jak śpiewałem wczoraj i zawsze czekam z zapartym tchem na to, co zrobią, jak zareagują, co nowego zagrają koledzy na scenie. Nie uznaję playbacku. Nie rozumiem, jak można zezwolić sobie na markowanie głosu na koncertach, jeśli poważnie traktuje się swoje działanie. Ja wchodzę w muzykę od pierwszego dźwięku. Zaczyna się osobny świat. Przestaję myśleć, przestaje mnie boleć ząb, jest tylko muzyka. A jak o czymś nie daj Boże pomyślę, nawet przez trzy sekundy, to od razu mylę się, zapominam tekst, jestem zagubiony, jakby mnie ktoś obudził z hipnozy. To skupienie do wieczornego koncertu zbiera się we mnie przez cały dzień, jest jak trema. Nie lęk i nie strach, raczej dotkliwa kumulacja energii i motyle w brzuchu. Rośnie i rośnie, ja niby coś tam robię, coś załatwiam, z kimś rozmawiam, ale jestem tylko w połowie obecny, bo w połowie należę już do tego, co za kilka godzin wydarzy się na scenie.

Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć występy, kiedy byłem nieobecny duchem. Wtedy wiedziałem, że zaczynam chałturzyć, że czas wszystko rzucić i iść na pustynię. W 1994 roku zagraliśmy koncert z Daniną Iwańskim dla kilku tysięcy ludzi. Podobało się. Zagraliśmy dobrze, nawet bardzo dobrze, ale nas „tam nie było". Po zejściu ze sceny obaj poczuliśmy, że pora na zmiany.

Przez rok nie robiłem nic, a potem znalazły mnie sonety i komponowanie. Pewien reżyser teatralny przyniósł mi na karteluszkach trzy sonety Szekspira i poprosił o napisanie do nich muzyki.

Ze sztuki w końcu nic nie wyszło, ale kartki zostały u mnie, na fortepianie. I któregoś dnia, ot tak, z głupia frant, wziąłem je do ręki:

„Jesteś dla myśli, jak dla życia jadło Lub słodkie deszcze wiosenne dla ziemi. Toczę o Ciebie walkę tak zajadłą Jak czasem skąpiec ze skarbami swemi."

Olśniło mnie. Przekład Macieja Słomczyńskiego był jakby stworzony do muzyki, ale formalnie taki sonet to czasami tylko jedno, długie zdanie. Jak to pociąć na zwrotki i refren? Trud okiełznania muzycznie ich formy rozpalił we mnie ochotę na większe wyzwanie.

Za namową przyjaciela sięgnąłem po „Tryptyk Rzymski". Spodziewałem się wierszy, a trafiłem na trzy medytacje. Miesiąc czytałem i czytałem i nie mogłem przedrzeć się przez słowa. Zaniepokojony, zniecierpliwiony, zachodziłem tekst z wielu stron, a w głowie pustka. Pomyślałem : „cholera, chyba się tym razem przeliczyłem."

 

U mnie z poezją jest tak, że samo skupienie czasami nie wystarcza. Tak, jakby jeszcze jakaś furtka musiała się otworzyć. Może ja ją otwieram, a może to sama poezja dopuszcza mnie do siebie, ale jak dopuści, to już sama prowadzi. Któregoś dnia ruszyłem jak burza i w półtora dnia napisałem pierwszą część, czyli „Strumień". Komponowanie kłóci się z podróżą. Nie da rady napisać muzyki wbiegu. Może się okazać, że dla komponowania będę musiał ograniczyć podróż.

Grzech naprawiany

Jestem przekonany, że gdybym nie miał czterech synów, to już bym się stoczył. Bycie ojcem mobilizuje mnie do walki ze słabościami charakteru i ze skłonnością do uzależnień. Od samego początku byłem ojcem w kratkę. Ciągle w podróży, nękany wyrzutami sumienia, że za mało czasu spędzam z dziećmi. Kiedyś w samolocie pewna starsza pani poradziła mi, żebym przełożył ilość na jakość. To dobra rada, ale trzeba się było tego nauczyć. Człowiek wracał z trasy do domu z myślą o leniuchowaniu, a tu trzeba było wysłuchać dzieci, porozmawiać z nimi, pocieszyć, doradzić. To jest wysiłek i ja w końcu zacząłem go podejmować.

Z mamą chłopców, Iwoną, mówiliśmy i mówimy do synów jednym głosem. Wykluczało to jakąkolwiek manipulację, nawet kiedy byliśmy na odległość. A odległość to z jednej strony moje podróże, a z drugiej dramatyczny okres w moim życiu, kiedy to podążyłem za namiętnościami... Ale i wtedy nie mogłem i nie chciałem zrywać kontaktu z rodziną. Dziś żal mi czasu, który spędziłem z dala od chłopców. Człowiek może jednak wiele naprawić, co czynię do dziś.

Kiedy wybierałem zło, wiedziałem co robię, takie rzeczy nie dzieją się same. Dlatego to się nazywa grzech. Mogę to wszystko przyznać, bo wiele już naprawiłem i wiem, czego nigdy nie zrobię. Zło jest obecne w naszym świecie, może nie w postaci rogatego diabełka z ogonem, ale jest. Potężne, wyrafinowane i kusi. Nie radzę z nim żartować.

Koniec końców jestem szczęściarzem. Udało mi się w życiu zrealizować wszystko, o czym marzyłem. Gram, kocham i jestem otoczony kręgiem bliskich, kochających mnie osób.

Wysłuchała: Barbara Ravensdale