
Spacer po ukraińskim targu może stać się ciekawym doświadczeniem. Bynajmniej nie myślę tu tylko o zwiększonym prawdopodobieństwie kradzieży kieszonkowej. Warto przede wszystkim przyjrzeć się, cóż takiego handlarze mają do zaoferowania. Najkrócej rzecz by można: wszystko. Ukraińskie targi, zwane w niektórych częściach naszego kraju rynkami (np. poznański Rynek Jeżycki) mienią się różnorodnością produktów głównie z tego powodu, że Ukraińcy bardzo często sprzedają zawartość swoich domów. Czynią to zwłaszcza emeryci, ale również drobni złodziejaszkowie. Na targu można więc nabyć samowary z lat 70-tych ubiegłego wieku, monety, czapki zimowe z demobilu, niekompletne zestawy narzędzi (w warsztacie zawsze się coś gdzieś zawieruszy), medale z czasów ZSRR. Jak widać asortyment przypomina raczej kiermasz staroci. Ci, których nie stać na wynajęcie straganu, sprzedają swój towar wprost z ziemi. Dotyczy to również żywności, stąd nierzadko spotkać można handlujących suszonymi rybami czy owocami można rozłożonymi na ceracie. Ciekawym doświadczeniem jest również wizyta na targu żywnościowym. Są one umieszczone zazwyczaj w blaszanych halach, co w powiązaniu z wysoką temperaturą daje bardzo ciekawy efekt. Ci, którzy myślą, że temperatura wewnątrz hali zraża kupujących do zakupu towarów ( również mięsa i ryb) wykładanych na drewnianych straganach przykrytych ceratą (lady chłodnicze i tak nie działają), są w błędzie. Mimo, że mięso przechowywane jest w skandalicznych warunkach, a pod nogami kręcą się psy i koty spragnione resztek, to w godzinach szczytu targi te są oblegane przez kupujących. Tylko nas – ludzi Zachodu przeraża możliwość spożycia ryby wielokrotnie dotykanej przez ciekawskich klientów i odkładanej z powrotem. W tego typu miejscach czynne są również stoiska oferujące kupującym możliwość zjedzenia gotowego posiłku. O profesjonalnej kuchni nie ma oczywiście co marzyć. Dania obiadowe są zazwyczaj przywożone w garnkach, i słoikach, a z nich bezpośrednio wykładane na plastikowe talerzyki. Słodkie ciasta z kremem są przykryte folią i sprzedawane przez gospodynie, które przy klientach kroją je na kawałki. Jak więc widać polski sanepid miałby tam raj na ziemi. Niestety musze rozczarować pracowników polskich służb sanitarnych: nie słyszałem o przypadku jakiegoś zbiorowego zatrucia po zjedzeniu rybki czy torcika, sprzedawanego w takich warunkach. Odważnym polecam wizytę w targowej ubikacji – maski gazowe należy zabrać we własnym zakresie.
Spacerując po targowisku i przyglądając się bogatemu asortymentowi, można jednak dojść do ciekawych przemyśleń. Dzisiejszy świat przypomina bowiem nieco targowisko. Nie handluje się jednak towarami, ale ideami. Pluralizm i wolność pozwalają człowiekowi wybrać to, na co ma ochotę. Niestety idee noszą w sobie podobieństwo do produktu oferowanego na targu. Również one potrafią być przestarzałe, również one mogą być sprzedawane w nowym, kolorowym opakowaniu i również one podlegają prawom reklamy. Jakże wiele idei, którymi dziś zachwyca się Europa jest tylko dobrze opakowanymi, starymi bublami, które już dawno przeminęły, a teraz wracają do nas w nowym opakowaniu. Naiwni przyjmują je jako novum myślenia. Głosicieli nowej nauki porównują niemal do odkrywców ameryki, a tych, którzy kwestionują ich „nowe” odkrycia, za przedstawicieli ciemnej masy zacofańców. Kto tu jest ślepy okaże się oczywiście w przyszłości. Jednak zanim zachwycimy się jakąś nową ideą, warto dobrze się zastanowić, czy nie kupujemy kawałka śmierdzącego mięsa w połyskującym opakowaniu. Z codziennego życia wiadomo, że zatrucia niejednokrotnie kończą się nieprzyjemnym płukaniem żołądka, bywają również przypadki śmiertelne. A w świecie idei i wartości nie chodzi przecież o bolący brzuszek, ale o życie. Nikogo z nas nie stać, aby życiowym pożywieniem była stara, psująca się plątanina haseł i okrzyków, które nawet jeśli chwytają za serce i na pierwszy rzut oka brzmią wiarygodnie, to na pewno nie są czymś na czym można budować.
Piotr Chudziński