Przyjaciele na ogół pomagają żyć i przeszkadzają pracować - Tadeusz Kotarbiński
Dla filozofów... »

Nauczyciele demokracji

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Co jakiś czas pojawia się w mediach informacja o takim, czy innym raporcie Unii Europejskiej, który wytyka Polsce takie czy inne błędy.

A to, że jesteśmy jednym z najbardziej skorumpowanych krajów Europy, a to, że nietolerancyjni, ultrakonserwatywni religijnie czy łamiący niektóre prawa człowieka. Co jakiś czas również zachodnia prasa rozpisuje się, jak to w Polsce jest źle pod rządami Kaczyńskich. Mówi się o zagrożeniu dla demokracji, a w potocznym języku przynajmniej niektórych, jesteśmy nazywani „Kaczolandem”. W niektórych niemieckich gazetach przedstawia się braci kaczyńskich w niewybrednych satyrach, licząc na to, że sprzedaż takiego czy innego tytułu wzrośnie, a przynajmniej artykuł przyniesie gazecie międzynarodową reklamę.

Jako Polak, który w dodatku jest raczej proeuropejski i chyba dość nowoczesny, zarówno w życiu, jak i w myśleniu, mógłbym po takich publikacjach czuć się zakompleksiony. Bo nie dość, że pochodzę z kraju w którym rządzą skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne partie, to jeszcze kraj ten jest ultra katolicki, łamie podstawowe prawa człowieka (np. do aborcji) i w ogóle jest nietolerancyjnym dla „innych” ciemnogrodem Europy. Aż się odechciewa żyć w takim smutnym miejscu.

I tak sobie pomyślałem... może by przenieść się do Francji. Tam wolność jest na prawdę podstawową wartością, a demokracja – tak ukochana wartość przez każdego prawdziwego Europejczyka – stoi na dużo wyższym poziomie, niż u nas. No i jest w tym kraju ukochana przeze mnie tolerancja, która pozwala mi bez wyrazów dezaprobaty udać się na love parade. Wystarczy zapłacić symboliczne 1 euro, aby móc urządzić sobie podczas takiej imprezy gejowski ślub i to nie byle gdzie, tylko w sercu Paryża - katedrze Notre Dame.

Aż chciałoby się rzec, że to takie kraje jak Polska powinny uczyć się od Republiki standardów demokracji i nowoczesności. Taki jest przynajmniej klimat tworzony przez niektórych polityków i związane z nimi media. Oglądając reakcje tego oświeconego społeczeństwa na wybór prezydenta Nikolasa Sarkozy zastanawiam się od kogo ja właściwie mam się uczyć owych standardów? Podobny wynik procentowy w Polsce osiągnęli w drugiej kadencji Aleksander Kwaśniewski i obecnie sprawujący urząd prezydenta Lech Kaczyński. Tyle, że jakoś nie przypominam sobie, aby zwolennicy Lecha Wałęsy czy Donalda Tuska wychodzili na ulice, niszczyli sklepowe wystawy i samochody, czyli dokonywali zwykłych ulicznych burd. Tymczasem w kraju nad Loarą, jak coś pójdzie nie tak, to niezadowolenie prezentuje się w iście demokratyczny sposób. Co jeszcze ciekawsze, Unia Europejska potępia uliczne rozruchy w Estonii, które jak wiadomo były reakcją na przeniesienie pomnika żołnierzy radzieckich (przeniesienie, a nie jak mówią niektórzy usunięcie!), a w sercu starej Europy dochodzi do podobnych scen, tyle, że z innego powodu.

Tak się zatem zastanawiam, czy czasem polska demokracja i jej społeczny odbiór na prawdę są tak słabe? Rzeczywiście rzadko czuję dumę, gdy słucham wystąpień niektórych polityków, czasem tak dziecinnych, że aż ręce opadają. Jednocześnie jednak nie widzę powodu, aby stawiać nasz kraj w drugim szeregu tylko dlatego, że w wielu sprawach różnimy się poglądami z innymi krajami kontynentu. Francuskie „gry uliczne” pokazały, że również kraje o ugruntowanych postawach społecznych – niemal 85-procentowa frekwencja to wynik w Polsce chyba nie osiągalny – mają jeszcze wiele do zrobienia, aby demokracja rzeczywiście wiązała się z szacunkiem dla tych, którzy myślą inaczej. I w ten sposób „liberté, égalité, fraternité” („wolność, równość, braterstwo”) pozostaje ciągle niespełnionym pragnieniem, nie tylko Francuzów.

 

Artur Artmann