Przyjaciele na ogół pomagają żyć i przeszkadzają pracować - Tadeusz Kotarbiński
Dla filozofów... »

Dobrze i nie dobrze

 

Po krótkiej, acz burzliwej dyskusji, ocena z religii ma być wliczana do średniej. Do końca jednak nie wiadomo, co o tym myśleć, bo jak wiadomo kij ma dwa końce.

Rzeczywiście większość uczniów polskich szkół – przynajmniej podstawówek i gimnazjów – chodzi na religię. Napracują się - mniej lub bardziej (częściej mniej), coś tam zrobią, aby dostać taką, albo inną ocenę. I co? I nic. Do niczego się ona nie liczy. Kiedyś była ona chociaż ozdobą świadectwa, ale teraz mało kto już tak na to patrzy. Stąd zgadzam się z głosem tych, którzy twierdzą, że praca ucznia powinna być doceniona, bez względu na to, na jakim przedmiocie ma miejsce.

Jest jednak inny problem. Istnieje przecież jakiś niewielki procent uczniów, którzy nie chodzą na religię. Zajęć z etyki w szkole nie ma – bo brakuje pieniędzy. Jest to ponadto problem organizacyjny. Wyobraźmy sobie 400-osobową szkołę w której trzeba o jednej godzinie zorganizować zajęcia dla 12 uczniów, pochodzących z różnych klas. Niewykonalne. Stąd gdyby komuś udało się udowodnić, że ocena z religii jest sztucznie zawyżana, a to z kolei podwyższa średnią, to rzeczywiście sprawa otarłaby się o Trybunał Konstytucyjny.

Katecheci oczywiście w większości zacierają ręce. Myślą, że będzie większa dyscyplina, no bo teraz, to dopiero uczniom na religii (Panu Bogu?) będzie zależało. W końcu większości uczniów wydaje się, że liczą się w życiu jedynie punkty ze świadectwa. Jednak radość katechetów może obrócić się przeciwko nim. Jeżeli – jak stwierdził w Gazecie Wyborczej biskup Tadeusz Pieronek – religia ma być normalnym przedmiotem, to i wymagania muszą być normalne. Stąd jeśli ma to normalnie funkcjonować, to na religii musi skończyć się odpytywanie z niewiadomo czego: z Ewangelii czytanej w ostatnią niedzielę, formuł wiary i modlitw zawartych w tzw. „małym katechizmie” itp. Religia musi się strać czymś dużo bardziej spójnym i tywórczym niż była do tej pory. Uczeń musi wiedzieć, co się od niego wymaga i jakie umiejętności będzie musiał nabyć. I niestety musi być to coś sprawdzalnego, więc umiejętności takie jak: „okazywanie miłosierdzia w codziennym życiu” czy „rozwijanie kultu maryjnego” muszą pójść w odstawkę, a przynajmniej nie mogą stanowić przedmiotu oceny. Wprowadzenie oceny do średniej, to nie kosmetyczny lifting – to zmiana na którą chyba nie wszyscy są przygotowani. Wymaga ona ponownego spojrzenia zarówno na programy nauczania, ale również na złe nawyki katechetów. Zwłaszcza ci w szkołach średnich, którzy chcą zjednać sobie frekwencję na zajęciach nazbyt łagodnym ocenianiem, będą musieli zrewidować swoje praktyki, ponieważ tym, którzy będą chodzić na religię możliwe, że wreszcie zacznie zależeć... na średniej. Siłą rzeczy na religii powinno pojawić się – oprócz wychowania, które obecne powinno być na każdym przedmiocie – więcej konkretnych wiadomości z których ucznia będzie można odpytać i za pomocą narzędzi dydaktycznych wysądować, czy nabył pożądane umiejętności. I tu pojawia się problem. Bo o ile można dołożyć nieco więcej wiadomości „pamięciowych”: historii Kościoła, znajomości Pisma św. czy elementów innych dyscyplin teologicznych, to zastanawiam się jak na poziomie szkolnym sprawdzić umiejętność chrześcijańskiego życia. Na matematyce łatwo sprawdzić umiejętność liczenia, na języku polskim umiejętność czytania i interpretacji, a na geografii umiejętność posługiwania się kompasem. Ale jak sprawdzić w szkole umiejętność na przykład zaangażowania się w życie parafii – tego nie wiem. Pewnym wyjściem z sytuacji jest uczenie wychowanka umiejętności nabywania innych zdolności – choćby pisemnego czy ustnego wypowiadania się na tematy religijne. Pozwoliłoby to wykorzystać mu wiedzę teoretyczną w pewnej praktyce. Jednak zastanawiam się, czy katecheci – wychowani niestety w jakiejś mierze w duchu Soboru Trydenckiego, gdzie na postawione pytanie, należało podać jedynie słuszną odpowiedź – będą w stanie zafundować sobie taką rewolucję, która również od nich samych będzie wymagać dużo więcej.

Dyskusja wokół wliczania oceny z religii do średniej mogłaby się stać dobrym początkiem szerszej dyskusji na temat katechizacji w ogóle. Może wreszcie ktoś zacząłby mówić o tym, o czym szepta się po kątach: ciągle niskim poziomie katechetów, ich słabym przygotowaniu pedagogicznym – zwłaszcza zaraz po ukończeniu studiów, spadającym poziomie wychowania religijnego, niektórych praktykach Kościoła rodem z Soboru Trydenckiego, brakiem planu wychowawczego zwłaszcza w odniesieniu do młodzieży, coraz słabiej słyszalnym dialogu Kościoła z młodymi owocującym niechęcią młodych do parafii i ich proboszczów. Cieszyłbym się, gdyby taka dyskusja ruszyła, a jej fala zmieniła to i owo. Byłoby to na pewno coś dobrego.

 

Artur Artmann

22.08.2007.