,,Dopóki czas macie,

dobro czyńcie.”
Św. Paweł z Tarsu
Na początku było gigantyczne buuum! czyli Wielki Wybuch kiedy powstawał Wszechświat. Świadków nie było, ale znawcy tematu przyrównują tamto zjawisko do potężnej i niewyobrażalnej (a jednak!) eksplozji bomby atomowej z rozszerzającą się falą energii. Kwarki, elektrony, fotony i neuttriny odnajdywały swoje miejsce, aby dać zaczątek materii - pierwszym atomom. I ponoć właśnie wtedy, 15 miliardów lat temu, zaczął się Czas. Zaczął się, bo czas - jak tłumaczą specjaliści - aby był, potrzebuje materii. A ta właśnie się wytworzyła.
Absolutny czy zależny?
Czas porządkuje rzeczywistość minioną, bo wszystko ma już swoje daty, do których się odwołujemy. Czas towarzyszy nam swoim ,,tik-tak” tu i teraz. Czas wyznacza przyszłe daty. Jest Wielkim Terminarzem. Układa nam życie. Wszystko odnosimy do czasu - minionego, albo właśnie istniejącego czy przyszłego. Czas jest naszym absolutnym Panem, ,,płynie sam przez się i dzięki swojej naturze jednostajnie, a niezależnie od jakiegokolwiek przedmiotu zewnętrznego” - tak Izaak Newton formułuje definicję czasu absolutnego: jako wielkości bezwzględnej, absolutnej, niezależnej od przestrzeni i jakichkolwiek czynników fizycznych. I właśnie do tak traktowanego czasu odwołujemy się w życiu codziennym.
Albert Einstein newtonowskiemu ,,absolutnemu układowi odniesienia” powiedział stanowcze ,,nie” i dał wykład tzw. szczególnej teorii względności (1905 r.). Według tego fizyka czas i przestrzeń należy traktować równoprawnie. Tworzą one czterowymiarowe continuum - czasoprzestrzeń. Einsteina stwierdził, że nie ma czasu absolutnego, jest natomiast czas własny, zatem równoczesność zdarzeń zależy od układu odniesienia. W teorii względności (1916 r.) czas jest zależny od rozkładu materii. To tylko niewielkie fragmenty ogromnych i skomplikowanych teorii (a autorka niniejszego tekstu nie jest fizykiem...), które wśród naukowców i filozofów wywołują nieustanny spór między zwolennikami czasu absolutnego a zwolennikami czasu względnego.
Dyskusji ciąg dalszy

Wrzesień roku bieżącego podsycił emocje naukowców - fizyków doświadczalnych, dopisując ciąg dalszy do dyskusji, której, jak się wydaje, początek dał Einstein. To on, opierając się na wielu własnych badaniach (które później były miliony razy powtarzane), stwierdził, że nie można przekroczyć prędkości światła (dla uproszczenia: 300 000 km/sek.) przy przekazywaniu informacji. Tymczasem w nocy z 22 na 23 września br. ogłoszono niewiarygodny efekt trwającego wiele miesięcy eksperymentu OPERA (skrót od nazwy Oscylacyjny Projekt z użyciem Emulsyjnego Rejestrującego Aparatu) przeprowadzonego w CERN - Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych, na przedmieściach Genewy. Otóż, badając zjawisko oscylacji neutrin (cząstka elementarna o ładunku = 0, o masie mniejszej niż 1/10 masy elektronu), jakoby przekroczono ową magiczną prędkość światła na trasie z CERN do odległego o 732 km włoskiego podziemnego laboratorium INFN w Gran Sasso (Abruzja)! Pomiary powtarzano 15 tysięcy razy i stwierdzono, ponoć ponad wszelką wątpliwość, że neutrina osiągała cel o 60 nanosekundy wcześniej niż światło! Zatem wiązki przebyły drogę z prędkością nadświetlną! Jeśli wyniki badań nie zostaną podważone (na razie naukowcy z CERN proszą wszystkich kolegów ,,po fachu”, aby pomogli w sprawdzeniu prawdziwości zjawiska) będziemy mieli do czynienia z przełomowym odkryciem, z rewolucją w dotychczasowym myśleniu, w którym teoria względności Einsteina nie miała konkurencji.
Komu w drogę, temu czas 
Jeśli efekt eksperymentu OPERA nie zostanie podważony będzie można w przyszłości zbudować wehikuł do podróży w czasie. A ja mówię, że tenże jest niepotrzebny, bo każdemu (albo prawie każdemu) z nas już zdarzyło się podróżować w czasie. Jadąc autem, pociągiem, lecąc samolotem na wschód czy na zachód musimy przecież przesuwać wskazówki zegarków, przekraczając strefy czasowe. Czy to jednak oznacza, że gdy dane są nam ponownie te same (?) godziny (podróżując na zachód) można cokolwiek zmienić w naszym jakby jeszcze raz przeżywanym życiu? Czy ,,tracenie” (przemieszczając się na wschód) godzin oznacza, że wydarzenie, które już zaistniały, nie miały miejsca? Odpowiedź jest jasna: te godziny (nawet cała doba) to za mało, aby odmłodnieć czy się postarzeć w sposób widoczny. Co się zdarzyło pozostanie w naszej pamięci, choć przeżywając jeszcze raz ten sam czas nagromadzimy więcej wrażeń nakładających się na siebie. Gdy czas musimy przyspieszyć jakieś zdarzenia nie będą miały miejsca, bo to miejsce... zmieniliśmy, docierając do celu podróży. Pozatem jesteśmy zdezorientowani, zmęczeni psychicznie a nasz wewnętrzny zegar biologiczny się buntuje.
I tyle na razie mamy z naszego podróżowania w czasie. Trzeba nam jednak poczekać na wehikuł czasu, który zawiezie nas z szybkością nadświetlną do... No, właśnie - w tym miejscy zaczyna się fantastyka a wyobraźnią w szranki z Herbertem George’m Wellsem i jego najgłośniejszą powieścią ,,Wehikuł czasu” (z 1895 r.) stawać nie będziemy.
Ewa Kłodzińska