Pojawia się dwukrotnie: 6 grudnia (incognito) wkładając prezenty do butów (lub skarpet, który to zwyczaj przyjęliśmy z zachodniej tradycji) oraz w wigilijny wieczór,

podrzucając upominki pod choinkę lub przynosząc je osobiście.
Święty Mikołaj w Polsce i na świecie ma się dobrze. Tymczasem okazuje się, że świętego Mikołaja... nie ma. I nigdy go nie było! Tak orzekli blisko 40 lat temu hierarchowie kościelni po wnikliwym przeglądzie rejestru świętych. Bez pardonu Mikołaja skreślili z listy, uznając, że to postać raczej legendarna, utkana z ludzkiej wyobraźni (taki sam los spotkał świętych nie-świętych Krzysztofa i Jerzego). I na nic zdało się przekonanie ojca Prokopa, kapucyna, który wszem i wobec ogłaszał w ,,Żywotach Świętych Pańskich”, że ów Mikołaj świętym był już jako dziecko (,,Pierwej pościć niż jeść zaczął; bo gdy codziennie często ssał pierś matki, w środy i piątki raz tylko i to w wieczór przyjmował pokarm”) a gdy sierotą został, dobra po majętnych rodzicach biednym rozdał i do klasztoru wstąpił. Na nic wiara w cudowne zrządzenie losu dzięki któremu Mikołaj został biskupem Miry (Turcja, skąd też pochodził). Na nic świadectwo, że po śmierci a ,,(...)zmarł świątobliwie 6 grudnia roku Pańskiego 327”, za jego wstawiennictwem nastąpiły kolejne cuda. Było ich tyle, że za patrona wzięli Mikołaja m.in. uczeni i pasterze, piekarze i żeglarze, literaci, pracownicy lombardów(!) i panny na wydaniu. Stał się też biskup Miry opiekunem licznych miast na całym świecie. Również Nowego Jorku, gdzie w 1914 roku powstał nawet Związek Świętych Mikołajów ze specjalnymi kursami z nauką m.in. przypinania i noszenia brody(!), postępowania z dziećmi itp. Władze kościelne łaskawie pozwoliły na kult lokalny jedynie tam gdzie świątynie miały św. Mikołaja za patrona. Tych miejsc jest sporo, bo tylko w Polsce ponad 300. Pod tym względem św. Mikołaj jest na drugim miejscu, zaraz za Janem Chrzcicielem.
Aby zamknąć skomplikowaną sprawę Mikołaja dodajmy, że pierwotnie była to postać smętnie ascetyczna - chudy staruszek w biskupich szatach. Wizerunek dobrodusznego roześmianego grubaska z wielkim worem prezentów stworzono w 1822 roku. Mikołaja w czapce z pomponem, z workiem i na saniach wykreowano w 1930 roku na użytek kampanii reklamowej... coca-coli!
Jakkolwiek z Mikołajem jest, to my poznaniacy i Wielkopolanie jesteśmy w doskonałej sytuacji. Owszem, 6 grudnia w wyczyszczonych bucikach prezenty zostawia św. Mikołaj, ale już w wigilię Bożego Narodzenia pojawia się nasz własny ,,roznosiciel” podarków.
Nazywa się Gwiazdor a wywodzi ze średniowiecznych grup kolędniczych, które po wioskach dary (słodycze, orzechy) dzieciom roznosiły. W Wielkopolsce przebierańców nazywano właśnie gwiazdorami, wigiliorzami (wysłannik gwiazd), starcakami lub starymi Józefami. Czasem towarzyszyła im gwiazdka - chłopak lub dziewczynka w białych szatach. Dawny Gwiazdor lubił też towarzystwo aniołów i krzepkiego dziadka, który wodził na łańcuchu diabła.
Wielkopolski Gwiazdor nie jest świętym, a raczej kimś obcym z kosmosu, wszechświata. Indywiduum było to dość straszne: w baranicy futrem odwróconym na wierzch, czapie, obliczem umazanym sadzą lub przykrytym maską. Z rózgą czy kijem w ręce. W takiej postaci znany był na wsi wielkopolskiej jeszcze w XX stuleciu. I przeniknął, choćby w swojej gwarowej nazwie, do środowiska miejskiego.
Oj, bały się go dzieci i dziewki służebne, bo był bezkompromisowy. Odpytywał z pacierza, dobrych i złych uczynków i albo rózgą skórę przetrzepał, albo prezent wręczył.
Z czasem Gwiazdor złagodniał i przywdział czerwone szaty po biskupie Mikołaju. Dla poznaniaków i Wielkopolan, małych i dużych to nadal jednak ten sam co przed wiekami - Gwiazdor po prostu!
Ewa Kłodzińska
Zdjęcia: Joanna Staniszewska



