Przyjaciele na ogół pomagają żyć i przeszkadzają pracować - Tadeusz Kotarbiński
Aktualności i nie tylko »

8 maja 1945...

 Skończyła się II wojna światowa na Starym Kontynencie. Do dziś istnieją rozbieżności między Zachodem a Wschodem. Świętować 8 czy 9 maja? Po „Europejsku” czy po „Rosyjsku”? Wreszcie pada najważniejsze pytanie: „Czy rzeczywiście narodu Europy Środkowo-Wschodniej mogą 9 maja uważać, za dzień zwycięstwa, skoro dla Polaków, Czechów, Słowaków, Ukraińców, Białorusinów, Estończyków i wielu innych rozpoczęła się nowa niewola, tym razem pod znakiem sierpa i młota.

Ci, którzy twierdzą, że 9 maja dla tych narodów nie miało miejsce żadne zwycięstwo, ocierają się o niedokształcenie, albo ideologiczne pranie mózgów. Może zatem warto w krótkiej syntezie przypomnieć kilka faktów, a także odświeżyć sposób czytania historii. Poprawność polityczna każe jakoś dzisiaj zapominać publicystom, że taki podział Europy na dwa bloki – strefy wpływów - był wynikiem chłodnej kalkulacji, porozumienia, zawartego wstępnie w Techeranie, a później przypięczętowanego w Jałcie i Poczdamie. Każdy, kto choć raz był w Jałcie, miał okazję zwiedzać pałac położony na obrzeżach tego miasta, potwierdzić może posępną atmosferę tego miejsca. Przypomnijmy – pałac zbudowany jako letnia rezydencja carów, został po rewolucji październikowej ogołocony z wszelkich śladów, które przypominałyby o dawnej świetności Imperium Rosyjskiego. Miejsce mebli i obrazów z epoki carów zajęły wytwory nowego stylu, nienazwanego jeszcze wtedy socrealizmem. Zabieg ten sprawił, że wnętrza stały się zimne i odpychające. Równie odpychające – przynajmniej dla narodów żyjących na Wschód od muru berlińskiego, były decyzje, jakie tam podejmowano. I mało który z turystów odwiedzających Jałtę zdaje sobie sprawę, że dokonał się tu podział Europy, którego ślady trwają do dziś. Turyści w pośpiechu robią sobie zdjęcia w miejscu, gdzie wykonano najsłynniejsze zdjęcie z historycznej konferencji, przedstawiające tzw. wielką trójkę: Winstona Churchila, rozdającego karty Stalina i mocno schorowanego Franklina Delano Rossevelta. Przewodnicy zapominają, albo nie chcą pamiętać, że to właśnie tutaj Stalin – przy milczeniu Zachodu – podzielił Europę tak, jak chciał. Wydaje się, że milczenie wycieczkowych przewodników jest zasadne – przecież goście w chwilę po wyjściu wylegną na skaliste plaże, albo pojadą na piaszczyste wybrzeże nieopodal Feodosii i po co im psuć humor jakimiś politycznymi zawiłościami. Tymczasem owe polityczne zawiłości odbiły się na zawsze w życiorysach ich i ich rodzin.

Może warto stwierdzić jasno, że Polacy mogą czuć się niedocenieni. Nie dość, że jako pierwsi postawili czoło najeźdźcy, wbrew pragnieniom angielskiego ministra Nevilla Chamberlaina i wbrew jego koncepcji pokoju za wszelką cenę. Potem ofiarnie walczyli w chłodnym Narviku, piaszczystym Tobruku i wielu innych miejscach świata. Spadochronową dywizję gen. Sosabowskiego zrzucono w sam środek niemieckiego kotła pod Fallaise, choć większość strategów wiedziała, że operacja market garden nie może się powieść. I jakoś szybko w Jałtańskiej rezydencji komunistycznego watażki zapomniano, że to Polacy złamali opór pod Monte Cassino otwierając aliantom drogę na Rzym i że to właśnie Polakom przypisuje się najwięcej – po Anglikach oczywiście – zestrzeleń w bitwie o Anglię. Nie przeszkodziło to Zachodowi milczeć, gdy Stalin dzielił Europę po swojemu.

Trzeba stwierdzić to jasno: 8 i 9 maja dla Polaków jest wielkim świętem i prawdziwym dniem zwycięstwa. Nikt, nawet polscy politycy wysokiego szczebla z londyńskiego rządu, nie mieli wpływu na wielką politykę. Jednak również to dzięki Polakom pokonano Niemców i bez względu na dalsze polityczne koleje było to zwycięstwo nad agresorami. Za tym zwycięstwem stoi poświęcenie i ofiara z życia milionów Polaków, którzy zginęli, zarówno przy szturmie Berlina, jak i w Powstaniu Warszawskim czy w tylu innych, czasem zapomnianych miejscach. Jakże żałosna była deklaracja poznańskich radnych PiS, którzy nie wzięli udziału w uroczystości wyzwolenia miasta, tłumacząc, że nie było to zwycięstwo. Ludzie ci sprawiają wrażenie, że chcieliby, aby żołnierze komunistycznego ZSRR przynieśli na swoich karabinach demokracje w tym kształcie w jakim mamy ją współcześnie. Ludziom, którzy kwestionują wartość tego zwycięstwa brak chyba szacunku dla tych, którzy bez względu na to w jakiej armii walczyli i jaką opcję polityczną reprezentowali, walczyli o to, aby Polska była wolna, aby Europa była wolna od faszystowskich Niemiec. I ta walka, ponad politycznymi podziałami, została 8 maja zakończona zwycięstwem.

Minęły lata, a państwa zachodnie nadal nie dostrzegają czasem wagi sprawy. Widać to choćby wtedy, kiedy przegląda się Zachodnią prasę i czyta się o polskich obozach koncentracyjnych. Każdego logicznie myślącego człowieka dziwi fakt, że jakoś wypada pozywać Polaków do sądu, celem wypłaty odszkodowań Niemcom z Ziem Zachodnich, a nie wypada liczyć strat Warszawy, spalonej przez Niemców tylko dlatego, że miała odwagę powiedzieć „nie” najeźdźcy. A wszystko w imię historycznie pojętej, politycznej poprawności.

Dziś te same kraje łaskawie przyjmują nas do Unii Europejskiej, sypiąc, albo nie sypiąc groszem (a raczej eurocentem), przebąkując między wierszami o zalewie taniej siły roboczej z Polski. I jakoś niektórzy udają, że zapomnieli o tym, że Polaków nie trzeba przyjmować do Europy. Już dawno pomagaliśmy swoim poświęceniem, a niejednokrotnie ofiarą z życia, Hiszpanom, Francuzom, Anglikom, Amerykanom, a nawet Niemcom i Włochom. I nie byłoby po części dzisiejszej Europy bez tej ofiary polskiego żołnierza.

II wojna światowa, która w Europie skończyła się 62 lata temu, jest świadectwem, że współtworzyliśmy Europę i jej losy na długo przed deklaracją Schumana.

 

Krystyna Preiss